
|
MENU INFORMACJE |
Historia bluesa w Polsce - część I
Kiedy w 1957 roku podczas II Festiwalu Jazzowego w Sopocie biały amerykański śpiewak Big Bill Ramsey wśród rock'n'rollowych standardów wykonał "Caldonię", wówczas już jump-bluesowy standard, niewielu chyba reagujących z niepohamowanym entuzjazmem uczestników tego zdarzenia uświadomiło sobie, że obcują - po raz pierwszy u nas - z żywym bluesem. Jak wspominał po latach Franciszek Walicki "cały stadion zaryczał, zatupał, zagwizdał - po prostu zwariował! Po raz pierwszy widziałem taką reakcję 15-tysięcznej widowni" (Sztandar Młodych 14-16.11.1986 r.). Ten właśnie występ stał się iskrą wzniecającą w naszym kraju rock'n'rollowe szaleństwo; jazz miał swoje festiwalowe święto i "katakumbową" codzienność, lecz blues nadal pozostawał prawie nieznany - nie istniał poza bardzo wąskim kręgiem wtajemniczonych. Mieliśmy jednak szczęście dowiedzieć się o jego istnieniu choćby z literatury, z nieocenionej nie tylko dla miłośników jazzu książki Loepolda Tyrmanda U brzegów jazzu wydanej w 1957 roku. ![]() ![]() ![]() Na większą porcję bluesa "na żywo" i do tego w najlepszym - bo w osobach jego znaczących twórców - wykonaniu przyszło nam czekać aż do roku 1964. Wtedy to podczas Jazz Jamboree nadarzyła się okazja do spotkania z grupą chicagowskich bluesmanów - legendarnymi dziś już muzykami: Howlin' Wolfem, Williem Dixonem, Sunnylandem Slimem. Ten pierwszy w Polsce bluesowy show z prawdziwego zdarzenia, to tchnienie atmosfery blues-meetingu (chociaż w miejscu trochę "egzotycznym", dodającym zarazem całemu zdarzeniu specyficznego posmaku - Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie), odebrała raczej przypadkowa, bo nastawiona głównie na jazz publiczność. Jak się jednak okazało, była ona otwarta również na bluesa, bowiem nie tylko oklaskiwała artystów, ale i bawiła się, naturalnie i spontanicznie reagując na muzykę, dokładnie tak jaj bardziej zżyta z bluesem publiczność w Europie Zachodniej, dowodząc zarazem realnego istnienia wspólnoty bluesfanów ponad systemami polityczno-prawnych podziałów.
Okazją do następnych wizyt wybitnych i znaczących bluesmanów stały się jazzowe koncerty i festiwale. Jednocześnie bluesowe pierwiastki przenikały do nas ucieleśnione w muzyce zespołów The Animals, The Artwoods i The Rolling Stones, których występy przyjmowano w Polsce w gorączce symptomatycznej dla konsumpcji zakazanego owocu, bo przecież nie takie walory zawierać miał upowszechniany przez ówczesnych decydentów model kultury muzycznej. Polskie tournee Animalsów rozpalało emocje we wszystkich miastach, gdzie się pojawili. Natomiast dzień koncertu The Rolling Stones stał się okazją do do manifestacji niechęci młodzieży do komunistycznego systemu: twające do późnego wieczora bójki tzw. "chuliganów" z milicją w różnych miejscach Warszawy traktować można - patrząc z perspektywy minionego czasu - jako małą, lokalną rebelię, negującą więcej, niż tylko oficjalną kulturę i obyczajowość.
Takie niezwykle rzadkie okazje do spotkania naszych muzyków z członkami wspomnianych zespołów umożliwiły im m.in. zdobycie muzycznych akcesoriów, a także bezcennych nagrań czarnych bluesmanów, które od The Animals otrzymali Polanie. U tych ostatnich zaowocowało to udanymi próbami tworzenia własnego rhythm and bluesowego repertuaru oraz dojrzałymi interpretacjami popularnych tematów.
Na drugim albumie Niebiesko-Czarnych, Alarm, znalazł się blues "Pod naszym niebem". Prowadzący w Trójmieście fan-club tego zespołu bracia Jacobsonowie wydawali biuletyn, będący jednym z pierwszych wydawnictw zamieszczających rzetelne informacje o bluesie. W Poznaniu rozpoczął swą karierę Wojciech Skowroński. Na Śląsku "Pazur" Wojciechowski i skupieni wokół niego muzycy stali się zaczynem bluesowego fermentu w tamtym regionie.
W środowisku warszawskich muzyków istniało kilka zafascynowanych rhythm and bluesem grup, takich jak Dzikusy, Chochoły czy Pięciu. W Staromiejskim Domu Kultury ![]() ![]() |
NEWSLETTER REKLAMA |